Ah ta presja.
Wychowana na standardach księżniczek z Disneya, byłam zauroczona ideą księcia. Przystojny, chłopak idealnie dobierał moment, by pojawić się w życiu zagubionej dziewczyny. Ratował ją z szarego życia, stając się jedynym lekarstwem na wszystkie smutki. Wiemy już wszystkie, że te wartości były jak te filmy, z których płynęła historia. Były bajkami. I to z toksyczną wizją świata. No bo przecież, nie będziesz szczęśliwa NIGDY, jeżeli obok ciebie nie będzie tej drugiej połówki. Najbardziej odczuwałam konsekwencje z takiego patrzenia na świat kiedy byłam w liceum i na studiach. Na każdej rodzinnej imprezie dostawałam pytanie, czy z nikim się nie spotykam, czy nie ma obok mnie jakiegoś kawalera. Przy rodzinnych dzieleniu się opłatkiem, dosłownie każdy życzył mi faceta. Przy świętowaniu urodzin również! Dlaczego dla innych jest to takie ważne? Presja, jaką podświadomie
czułam sama od siebie, po każdym takim spotkaniu rosła jeszcze bardziej. Po powrocie do domu,
zamknięta w pokoju czułam się jak kopciuszek. Dziewczyną z chronicznym smutkiem i
wybrakowanym życiem. Wierzącą, że tylko chłopak z penisem i dwoma jajami, może odmienić mój
los.
Na studiach moja presja osiągnęła szczytowy poziom. Przy każdym spotkaniu z nowymi osobami,
przewertowywałam tłum w poszukiwaniu potencjalnego kandydata. Jeżeli go nie było, mój humor od
razu spadał. Wszystkie wyjazdy, na które jeździłam miały zawsze tylko jeden cel. Poznać kogoś
nowego. Teraz jestem już dojrzalsza i wiem, jak chore było moje podejście do tego wszystkiego i jak
bardzo zdesperowaną osobą się stałam. Dziękuje losowi, że nie dał wtedy na mojej drodze nikogo,
kto był chętny, wejść ze mną w związek. Bo prawdopodobnie trwałby tylko tydzień. Ja sama nie
byłam w stanie ze sobą wytrzymać, a co dopiero miałby powiedzieć ten biedny chłopak, który by na
mnie trafił.
Więc dlaczego to sobie robimy? Piosenki, seriale czy filmy są przeładowane słodkopierdzącymi
historiami miłości. Na Instagramie czy tik toku, będziesz widzieć udane związki, piękne pary, słodkie
okazywanie uczuć. Jak w tym wszystkim mamy nie czuć, że czegoś nam brakuje? Domyślam się, że
moja rodzina nigdy nie chciała dla mnie źle. Sama biologia od nas tego oczekuje, bo przecież bez tego,
nie przedłużylibyśmy gatunku. Nasz świat tak jest skonstruowany. Rodzimy się, tworzymy pary i
później sami płodzimy nowe pokolenia. Ale jak z tymi wszystkimi treściami możemy same złapać
oddech? Nie chce brać tylko jeden strony, tych moich narzekań. Pewnie sama, gdybym była w
związku, pochwaliłabym się kwiatami od chłopaka czy romantyczną kolacją przy świecach. Jednak nie
mogę bagatelizować faktu, że w tej wielkiej ilości treści cudzych żyć, łatwo jest zwariować. A przecież
jest tyle innych aspektów, na których możemy się skupić i odczuwać od nich szczęście. Ja bardzo lubię
przyrodę, medytację, czy nawet głupie sprzątanie. Moją pasją jest psychologia a o tematach
filozoficznych, mogłabym gadać godzinami. Prawdą jest, że dalej chciałabym dzielić z kimś tę swoją
codzienność, ale póki na horyzoncie nikogo nie ma, dalej mogę określać swoją rzeczywistość jako
fajną i dającą dużo satysfakcji. Cieszę się, że w pewnym momencie udało mi się odpuścić. Dzięki temu
przez te ostatnie lata poznałam siebie lepiej niż przez większość mojego życia. Polubiłam siebie i
pozwoliłam sobie odkryć mnie na nowo.
Udało mi się wziąć jeden i głęboki oddech.
Ps. Rodzina przestała w końcu pytać. Teraz głównie mi życzą, by stać mnie było na mieszkanie.